czwartek, 15 lutego 2018

Uwięzieni - "Rendez-vous ze śmiercią" na Walentynki


Kenneth Branagh – wybitny brytyjski aktor, który ostatnio wyreżyserował kolejną ekranizację „Morderstwa w Orient-Expressie” – stwierdził, że twórczość Agathy Christie (wciąż popularną!) odbiera się nieco powierzchownie. Uważa on, że powieści tej pisarki nie sprowadzają się wyłącznie do intryg kryminalnych – bo Królowa Kryminałów między wierszami przekazywała mnóstwo prawdy o świecie i kondycji ludzkiej. Trudno nie przyznać mu racji. Czyta się je chyba przede wszystkim dla intrygi – a mają znacznie więcej do zaoferowania. Inaczej mówiąc, wątki kryminalne wzbogacone są tu zazwyczaj solidną obudową obyczajową. I bez zbrodni stanowią często niezwykle gorzkie, przepełnione smutkiem historie. 

„Rozumiesz przecież, że ją trzeba zabić”[1]. To być może najmocniejsze ze wszystkich zdań otwierających powieści Christie. Po takim początku można domniemywać, że będziemy mieli do czynienia z mrocznym kryminałem i bezwzględnym mordercą. Te słowa słyszy przez przypadek przebywający na urlopie na Bliskim Wschodzie Hercules Poirot. Jeszcze nie czuje niepokoju. Nie wie, że za parę dni kobieta, o której mowa, rzeczywiście zostanie zamordowana, a on sam będzie prowadził śledztwo naglony przez czas. Czy w ciągu dwudziestu czterech godzin zdemaskuje sprawcę? Ale zaraz – po pierwszej scenie słynny detektyw znika na dłużej, ustępując miejsca innym bohaterom. 

Właściwie do połowy „Rendez vous ze śmiercią” to raczej powieść psychologiczna. Autorka wyraziście kreśli obraz rodziny tyranizowanej przez okrutną macochę. Kolejne rozdziały czyta się z coraz większym niedowierzaniem i przerażeniem. Pozornie Boyntonowie są zwyczajną, zżytą ze sobą amerykańską rodziną spędzającą wakacje na Bliskim Wschodzie. A jednak wybitny francuski psychiatra doktor Gerard i świeżo upieczona lekarka Sara King dostrzegają więcej. Widzą toksyczne relacje, napięcia, narastające nerwice, aspołeczne zachowania młodszego pokolenia. Jak mówi doktor: 
„Pod zewnętrzną powłoką poprawnych, utartych obyczajów dnia powszedniego można znaleźć czasami rzeczy osobliwe, na przykład zamiłowanie do zwykłego okrucieństwa”[3]. 
W centrum tej rodziny tkwi pani Boynton – „niby potworny wielki pająk pośrodku swojej pajęczyny”[2]. Jest stara i schorowana, a jednak potrafi tyranizować otoczenie. Z pełną świadomością zamienia życie swoich pasierbów i córki w piekło. Można powiedzieć, że Lennox, Raymond, Carol i Ginevra (Jinny), a także żona Lennoxa, Nadine są jak w więzieniu. Nie opuszczają domu, nie nawiązują kontaktów towarzyskich, nie rozwijają w sobie pasji, nie pracują (mogą żyć dostatnio dzięki majątkowi odziedziczonemu po ojcu). Kobieta dominuje nad bliskimi „niby olbrzymi, budzący grozę posąg bóstwa”[4]. Uzależniła ich od siebie, zamknęła w hermetycznym rodzinnym światku i prawie ubezwłasnowolniła. Jeśli ma się wątpliwości, czy dorośli ludzie mogą dać sobą tak pomiatać, kolejne rozdziały je rozwieją. Młodzi Boyntonowie są zaszczuci. Lennox wpadł w apatię, tak jakby już stracił wolę walki, Raymond i Carol nie potrafią nawiązywać kontaktów interpersonalnych, oboje są na granicy załamania nerwowego, a u Jinny można zaobserwować objawy psychozy. Również Nadine – silniejsza od nich wszystkich, pogardzająca świekrą – staje się ofiarą chorej sytuacji rodzinnej. 

Pani Boynton to być może najbardziej odrażająca postać, jaką stworzyła Agatha Christie. Nie tylko dręczy psychicznie podległych sobie ludzi, ale robi to z wyrachowaniem i przyjemnością. Dobrze podsumowuje ją doktor Gerard, który widzi w niej zło w czystej postaci: 


„Znał się na ludziach i ukrytych cechach ich charakteru, więc uprzytomnił sobie, że nie ma przed sobą osoby chorej, rozpieszczonej, skłonnej do folgowania drobnym kaprysom. Zobaczył wcielenie mocy, istotę o spojrzeniu posiadającym coś z urzekających właściwości oczu kobry. Pani Boynton może być stara, niedołężna, schorowana, ale nie jest bezradna. To kobieta, która rozumie sens władzy, przez całe życie sprawowała władzę i nigdy nie wątpiła o własnej potędze”[5]. 

Podróż na Bliski Wschód – pierwsze prawdziwe opuszczenie domu w życiu Boyntonów – wszystko zmieni. Kryzys niszczący małżeństwo Lennoxa i Nadine sięgnie zenitu. Z kolei Raymond, Carol i Ginevra zrozumieją, jak bardzo różnią się od innych ludzi i jak może wyglądać życie poza więzieniem. Każde z nich musi znaleźć w sobie siłę, aby przeciwstawić się dręczycielce. Kulminacyjny punkt rodzinnego dramatu rozegra się w malowniczej Petrze. To właśnie tam – wśród śladów dawno minionej cywilizacji – pani Boynton zostanie zamordowana. Które z jej bliskich postanowiło się z nią rozprawić? 

Duszna to powieść i pełna wyrafinowanego okrucieństwa. Autorka trochę „odciążyła” ją błyskotliwym humorem, oczywiście niezwiązanym z rodziną Boyntonów. Komiczna jest postać lady Westholme, deputowanej do Parlamentu, inteligentnej, ale apodyktycznej kobiety, która każdemu musi udowodnić swoje racje. Nie mniej zabawnie wypada poczciwa panna Amabel Pierce, była guwernantka, wiecznie potakująca swojej towarzyszce (przesłuchanie tych dwóch pań przez Poirota to perełka!). Specyficznego uroku dodają powieści również przekomarzania doktora Gerarda z Sarą King. 


„– Anglicy mają uraz na punkcie seksu. Uważają, że to rzecz bardzo niestosowna. Lekarka zaprotestowała stanowczo, co nie wywarło wrażenia na Francuzie. – Tak, proszę pani – powiedział. – Oczywiście jest pani na wskroś nowoczesna. Publicznie i swobodnie posługuje się pani najordynarniejszymi wyrazami, jakie można znaleźć w słowniku. Jest pani nieskrępowana i swobodna. A jednak... Stanowczo twierdzę, że tkwią w pani narodowe cechy, jak w pani matce i babce. Pozostała pani skłonną do rumieńców angielską miss, chociaż nie rumieni się pani”[6]. 

Agatha Christie dyskretnie pokazuje też, jak zmienia się struktura społeczna. Kobiety coraz częściej dochodzą do intratnych stanowisk (cokolwiek by powiedzieć o lady Westholme, to przedsiębiorcza kobieta sukcesu), zdobywają wyższe wykształcenie (jak Sara King). Pojawiają się wtręty feministyczne i postulaty równości: 

„Lady Westholme i doktor Gerard rozpoczęli zawziętą sprzeczkę na temat metod zwalczania handlu narkotykami. Do Sary docierały tylko pojedyncze słowa, lecz panna Pierce zaszczebiotała pod jej adresem: – Podróżowanie w towarzystwie lady Westholme jest niebywale interesujące. – Czyżby? – rzuciła cierpko Sara, lecz panna Pierce nie zwróciła uwagi na jej lodowaty ton i mówiła dalej: – Niezliczoną ilość razy napotykałam jej nazwisko w gazetach. Jak to dobrze, że kobiety mogą teraz brać udział w życiu publicznym i dawać światu znać o sobie. Zawsze cieszę się, gdy kobieta dokona czegoś wielkiego. – Czemu pani się cieszy? – zapytała gniewnie młoda lekarka. Panna Pierce szeroko otworzyła usta. Później zaczęła bąkać: – No… Bo… Proszę pani… To tak przyjemnie, że kobieta może w ogóle czegoś dokonać i… że… – Nie zgadzam się z panią! – przerwała szorstko Sara. – Ja cieszę się, gdy człowiek potrafi dokonać godnego uwagi czynu. A czy to kobieta, czy mężczyzna, jest sprawą obojętną. – Tak… Oczywiście… Jeżeli przyjąć… przyjąć taki punkt widzenia, to ma się rozumieć… – Przepraszam za mój wybuch – przerwała znów Sara, tym razem łagodniejszym tonem – ale drażni mnie zawsze stwarzanie granic między jedną płcią a drugą. Mówi się: »Nowoczesna dziewczyna zajmuje rzeczową, konkretną postawę wobec życia«. Zawracanie głowy! Jedne dziewczyny są takie, drugie inne. Są mężczyźni sentymentalni i naiwni, ale są też energiczni i inteligentni. Chodzi jedynie o zróżnicowane typy umysłowości, a płeć odgrywa rolę tylko w życiu płciowym. Panna Pierce zarumieniła się lekko, usłyszawszy o życiu płciowym i zręcznie zmieniła temat”[7]. 
Może nie jest to jeden z najlepszych kryminałów Christie (ona sama, przerabiając go na sztukę teatralną, zmieniła postać sprawcy), a sukces Poirota, choć niewątpliwy, w tym przypadku wydaje się trochę naciągany (nie wiadomo, jakim cudem mógł domyślić się motywu kierującego mordercą). Jednak ta książka nadal się broni. Może bardziej jako powieść psychologiczna niż kryminał. Przedstawiona z dużym autentyzmem sytuacja rodziny Boyntonów zdumiewa i przeraża. Od pierwszego wydania „Rendez-vous ze śmiercią” minęło prawie osiemdziesiąt lat. Czasy zdążyły nie raz się zmienić, ale ludzie i ich emocje – nie. Dlatego lektura wciąż pozostaje w pewnym sensie bolesna. 

--- 
[1] Agatha Christie, „Rendez-vous ze śmiercią”, przeł. Tadeusz Jan Dehnel, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1997, s. 6. 
[2] Tamże, s. 12. 
[3] Tamże, s. 82. 
[4] Tamże, s. 43. 
[5] Tamże, s. 23. 
[6] Tamże, s. 60. 
[7] Tamże, s. 71-72. 


Opinia, autorstwa Misiaka297 pochodzi z portalu BiblioNETka.

piątek, 9 lutego 2018

Królowa Zbrodni - Andrew Wilson

  • Królowa zbrodni” to interesujący, zbeletryzowany, wycinek biografii Agaty Christie, obejmujący okres jej tajemniczego zaginięcia, trwającego 11 dni w grudniu 1926r. Nawet mimo formy beletrystycznej biografia nie typowa, bo z jednej strony oparta jest na faktach, zaś z drugiej natomiast autor pokusił się o własną wersję tych wydarzeń w tym zakresie, gdzie są pewne niejasności i gdzie niczego  w 100% ustalić się już nie da.  Z różnych dialogów czy momentów wspomnień  czytelnik, nawet ten, który nic o pisarce nie wie, jest w stanie doskonale się zorientować o tym, jak wyglądało jej życie przed zaginięciem. Fakty i domysły można również bez problemu odróżnić, bo niemal do chwili zaginięcia mamy do czynienia wyłącznie z faktami. Od chwili zaś spotkania nieznajomego mężczyzny na peronie metra zaczyna się sfera domysłów, a obejmuje ona właśnie tegoż nieznajomego i prawie  wszystkiego, co się z nim łączy, oraz spotkaną przypadkowo przez Christie parę młodych ludzi.  W powieści mowa jest też o twórczości pisarki.  Całość napisana jest niezwykle lekko, oderwać się od książki jest ciężko. A lektura może być świetną zabawą nie tylko dla znawców twórczości czy życia Christie.  

          Okres zaginięcia jest dogłębnie zbadany przez Javiera Cade, który odtworzył go w świetnej biografii „Agata Christie i 11 zaginionych dni”, o której to książce pisałam szerzej TUTAJ. Sygnalizując jedynie, wspomnieć trzeba o tym, że Agata w 1926 r. była żoną byłego lotnika Archiego Christie, którego kochała do szaleństwa. Para miała małą córeczkę Rosalind. Mąż zdradzał Agatę i myślał poważnie o rozwodzie, jednocześnie w tym samym roku zmarła matka Agaty (wieź pomiędzy matka a córką była bardzo głęboka) i fakt ten doprowadził pisarkę do skrajnej rozpaczy. Wyjechała więc jednego dnia samochodem w nieznanym kierunku, nikomu o tym nie mówiąc. Według Cade'a o planowanym zdarzeniu poinformowana była najprawdopodobniej jedna przyjaciółka Agaty. Samochód został znaleziony porzucony na zboczu wzgórza, sama zaś pisarka znalazła się po 11 dniach w luksusowym hotelu w uzdrowiskowej miejscowości Harrogate. Agata twierdziła, że miała przez cały ten czas amnezję, co, jak wykazał Cade, było nieprawdą. Z książki Cade'a można wysnuć wniosek, że cała ta sytuacja była wynikiem załamania nerwowego.
     Wilson nie przeczy faktom, ale w swojej wyobraźni powiązał z zaistniałą sytuacją kilka innych wydarzeń. Otóż w czasie owego zaginięcia miały miejsce 3 dziwne zgony, które już fikcją nie są. Autor połączył ze sobą kwestię zaginięcia oraz właśnie owe 3 trupy i stworzył niebanalną intrygę. Dołożył, niezależnie od tego jeszcze służby specjalne, które złożyły Agacie propozycję współpracy. Czy Agata mogła być morderczynią? Czy mogła znać prawdziwych morderców? Czy faktycznie mogła być współpracownikiem służb?  
     W książce wydarzenia opisywane są przez narratora – Agatę. Książka jest próbą spojrzenia na świat oczami Agaty. Pisarka była wyśmienitym psychologiem i to również nie umknęło uwagi Wilsona. Umieścił on np. opis, jak to pisarka postrzegała innych ludzi, patrząc na kogoś zastanawiała się, cóż takiego ten ktoś może ukrywać przed innymi. Jak na mój gust to właśnie takich fragmentów jest za mało, ale może to wynikać z faktu, że w opisywanym okresie czasu pisarka nie funkcjonowała standardowo i skupiała się na sobie, a nie na innych. Z informacji od wydawcy wynika, że wydana książka jest pierwszym z trzech tomów Wilsona o Christie. Może w dalszych tomach wątek Christie jako psychologa będzie bardziej rozwinięty.
       Smaczku książce dodaje fakt, że autor jest dziennikarzem, zaś stworzone przez niego opisy jego kolegów po fachu sprzed prawie 100 lat są bezlitosne. Konkluzje Wilsona, żeby zachować dystans do tego, o czym dziennikarze piszą i aby nie we wszystko wierzyć, aczkolwiek odkrywcze nie są, dodają humoru całości.

wtorek, 6 lutego 2018

Kto dybie na życie panny Buckley?


„– Mademoiselle, niech się pani łaskawie przygotuje na wielki szok. Co by pani powiedziała, gdyby się okazało, że ktoś czyha na pani życie? Nick wybuchnęła serdecznym śmiechem. Myśl ta rzeczywiście bawiła ją ogromnie. – Co za wspaniały pomysł!”[1]. 
Herkules Poirot i jego towarzysz (a zarazem kronikarz niniejszej historii) kapitan Hastings spędzają tygodniowy urlop w urokliwej miejscowości St. Loo. Przypadkowo poznają Magdalę „Nick” Buckley, energiczną, pełną uroku dziewczynę, właścicielkę rodzinnej posiadłości „Samotny Dom”. Słynny detektyw wydaje się nią oczarowany. Okazuje się, że w ciągu ostatnich trzech dni Nick cudem uniknęła śmierci. Ona sama bagatelizuje te zdarzenia, inaczej niż Poirot – tym bardziej że bezczelny morderca uderzył po raz czwarty właśnie podczas tego pierwszego spotkania. Detektyw postanawia ochronić nową znajomą. Niebawem ma miejsce kolejny zamach – tyle że zamiast Nick przypadkowo ginie inna panna Buckley. 

„Samotny dom” to naprawdę udany kryminał. Nie zawodzi pod względem intrygi, która – jak zwykle u Christie – wydaje się skomplikowana, praktycznie nie do odgadnięcia, ale wystarczy przestawić jeden element, aby wszystko nabrało sensu. Oczywiście, ten ruch należy do detektywa. To on rekonstruuje przebieg zbrodni – i zaskakuje czytelników w ostatnich rozdziałach. Poirot trafia na bardzo przebiegłego przeciwnika – ale oczywiście zwycięża. 

Większość postaci jest tu w gruncie rzeczy mało ciekawa, niezbyt złożona, zaś Hastings jako narrator bardzo wiele streszcza – a szkoda. Te swoiste mankamenty rekompensuje błyskotliwy humor widoczny zwłaszcza w przekomarzaniach znakomitego detektywa i jego niezbyt rozgarniętego, nieco flegmatycznego przyjaciela. Tak jest na przykład tutaj: 

„– Wiesz, Hastings, twoja obecność działa na mnie w przedziwny sposób. Ty zawsze kierujesz swoje podejrzenia na tak oczywiście fałszywy trop, że wprost kusi mnie, żeby iść w przeciwnym kierunku. Należysz do tych absolutnie uczciwych, łatwowiernych i porządnych ludzi, których każdy łajdak potrafi nabrać. Należysz do tych, którzy kupują akcje nie istniejących kopalni złota czy złóż nafty. Z takich jak ty, oszuści całego świata żyją i zarabiają na swój codzienny chleb. (…) – Poirot! – krzyknąłem zdenerwowany. – Gadasz straszliwe głupstwa! Człowiek taki jak ja, który obijał się przez lata po całym świecie!... – Nigdy niczego się nie uczy – dodał Poirot ze smutkiem. – To rzecz zadziwiająca... Ale cóż... tak już jest”[2]. 
Christie potrafiła także śmiać się z Anglików – w usta Poirota wkładała ciekawe spostrzeżenia. Przeczytajcie tę rozmowę Poirota i Hastingsa podczas pokazu fajerwerków: 

„Deszcz zielonych gwiazd rozprysł się po niebie. Zmieniły się w czerwone, potem w srebrne. I jeszcze jeden, i jeszcze jeden. – Wszyscy najpierw krzyczą »Oo«, a potem »Aa« – odezwał się obok mnie Poirot. – Po pewnym czasie staje się to monotonne. Brrr! Trawa jest mokra i zaczynam odczuwać reumatyzm w nogach. Zapłacę za ten wieczór. Na pewno się przeziębię. I mowy nie ma, żeby w tym kraju napić się przyzwoitej tisane [chodzi o napar z ziół]. – Przeziębić się? W taką piękną noc? Dajże spokój! – Piękna noc! Piękna noc! Mówisz tak, bo nie leje jak z cebra. U was jak tylko nie leje, to już jest wspaniała pogoda”[3]. 
A na koniec ciekawostka – Królowa Kryminałów nie ustrzegła się pewnego błędu rzeczowego. W rozdziale czwartym Poirot i Hastings rozmawiają z uznaniem o Belli, żonie tego drugiego. Tyle że Bella była szwagierką Hastingsa, a jego żona to Dulcie. Obie wystąpiły w „Morderstwie na polu golfowym”. 

Mimo pewnych mankamentów „Samotny dom” jest jednym z najciekawszych kryminałów Agathy Christie. Warto po niego sięgnąć. 

--- 
[1] Agatha Christie, „Samotny dom”, przeł. Mira Michałowska, wyd. Prószyński i S-ka, [brak roku wydania], s. 24. 
[2] Tamże, s. 42-43. 
[3] Tamże, s. 68. 

Autorem recenzji jest Misiak297, a opinia pochodzi z BiblioNETki.

niedziela, 28 stycznia 2018

Kto groził, a kto zabił? - Śmierć lorda Edgware'a




Poirot bez wąsów? NIE! W ekranizacji z 1985 roku David Suchet grał inspektora Jappa. W roli Jane Wilkinson / Carlotty Adams - Faye Dunaway
Wydawałoby się, że liczba motywów morderstwa i sposobów, jakimi sprawca usiłuje uniknąć sprawiedliwości, jest ograniczona; jeśli do tego akcja zawsze toczy się w tym samym środowisku, zaś rozwiązania poszukuje ta sama osoba lub grupa osób, należałoby przypuszczać, że po kilku, najdalej kilkunastu odsłonach ten schemat czytelnikowi spowszednieje. A jednak są cykle kryminalne, nawet kilkudziesięciotomowe, gdzie te stałe elementy, zamiast drażnić i nudzić, stanowią dodatkową zachętę do lektury, ba, czasem nawet główny powód sięgania po kolejne pozycje. Świadomość tego musiała mieć Agatha Christie, tworząc niezapomnianą postać Herculesa Poirota, który – czy działa w pojedynkę, czy w duecie z Hastingsem, czy w tercecie z nim i inspektorem Jappem – samą swoją obecnością czyni zagadkę bardziej interesującą. Bo jego małe szare komórki potrafią przechytrzyć nawet wyjątkowo perfidnego zbrodniarza… Tak jest i w tej historii, gdzie – jak praktycznie w każdej powieści Królowej Kryminału – niemal wszystkie postacie wplątane w intrygę wywodzą się spośród angielskiego ziemiaństwa, arystokracji i artystów. 

W roli Herkulesa Poirot - Peter Ustinov (1985)

Oto podczas kolacji w hotelu zagaduje Poirota piękna i charyzmatyczna aktorka; właśnie przed chwilą rozmawiał o niej z Hastingsem, obejrzawszy spektakl, w którym inna artystka ją parodiowała. Jane Wilkinson jest żoną znacznie od niej starszego lorda Edgware'a, lecz ich związek trwa już tylko na papierze. I o to właśnie chodzi: młoda kobieta bezceremonialnie nagabuje detektywa, by jej pomógł uwolnić się z małżeńskich kajdan. Nie, nie wymaga od niego żadnych czynów niezgodnych z prawem, po prostu prosi, aby skłonił lorda do podpisania papierów rozwodowych, byle szybko, bo na horyzoncie pojawił się już ciekawszy kandydat na męża. Daje przy tym niedwuznacznie do zrozumienia, że jeśli Poirot nic nie wskóra, jest gotowa zrobić wszystko, naprawdę wszystko. Po wizycie u Edgware'a detektyw ma wrażenie, że coś tu się nie zgadza, a to uczucie przybiera na sile następnego dnia, gdy okazuje się, że późnym wieczorem starszego pana zamordowano. Ostatnią osobą, jaka go odwiedziła, była kobieta do złudzenia przypominająca jego niewierną żonę, ta jednak, ku głębokiemu żalowi inspektora Jappa, ma niezbite alibi. Wkrótce pojawiają się kolejne znaki zapytania, a największym z nich jest zagadkowy zgon owej młodej aktorki, która parodiowała pannę Wilkinson. Mnożą się podejrzenia, ewentualne dowody okazują się co najmniej wątpliwe, a tymczasem bezwzględny morderca usuwa ze swej drogi jeszcze jedną osobę... 

Ekranizacja "Śmierci lorda Edgware'a" z roku 2000.  

Sama intryga kryminalna skonstruowana jest ciekawie, ale powiedzmy sobie prawdę: byłaby znacznie mniej warta bez wyśmienitej obudowy, jaką stanowią dialogi Poirota z Hastingsem oraz scenki rodzajowe z udziałem mniej i bardziej znaczących postaci, tworzących przepyszną galerię typów ludzkich. 

Popatrzmy na ten pierwszy element. Zaraz na wstępie mały detektyw wykłada przyjacielowi zasadę swojej strategii: 

"Ciekawi mnie psychologia postaci – odparł nieporuszony Poirot. – Nie można interesować się zbrodnią i lekceważyć psychologię. Nie chodzi przecież o sam akt zabójstwa. Do eksperta przemawia to, co kryje się za nim"[1]. 

Hastingsa to jego wymądrzanie się i przekonanie o słuszności własnych poczynań okrutnie irytuje. Czasem okazuje się na tyle błyskotliwy, by mu od razu dyskretnie przyciąć: 

"– Nie, nie mogłem zrobić tego, co proponujesz. Jako detektyw mam honor, o który muszę dbać. Honor to rzecz wielkiej wagi. – Cóż, na świecie jest zapewne wiele rodzajów honoru"[2], 

Częściej jednak swoje ironiczne uwagi wtrąca, dopiero relacjonując wydarzenia po fakcie: 

"Dawno temu zrezygnowałem z zadawania Poirotowi pytań zaczynających się od dlaczego. Jak w piosence lekkiej brygady: »Nie mnie pytać dlaczego, ja mam walczyć lub zginąć«. Choć na szczęście umieranie nie wchodziło, póki co, w grę"[3]; 


" – Poirot – odezwałem się, ponieważ znów pogrążył się w myślach – może lepiej chodźmy dalej? Wszyscy się na nas gapią. 
– Co? Ach, może i masz rację. Chociaż nie przeszkadza mi, że ktoś się na mnie gapi. W najmniejszym stopniu nie zakłóca to toku moich myśli. 
– Zaczynali się już podśmiewać – mruknąłem. 
– To bez znaczenia. 
Nie całkiem się zgadzałem. Przeraża mnie robienie czegokolwiek, co zwraca uwagę. Natomiast jedyną rzeczą, którą przejmuje się Poirot, jest to, jak na jego słynne wąsy może podziałać upał lub wilgoć"[4]; 

"Czasami czułem w sercu skrywaną urazę. Wydawało się, że niemal wychodzi z siebie, by zdyskredytować moje zdolności intelektualne. (...) Na końcu języka miałem odpowiedź, że prawdziwy pożytek, jaki Poirot ma ze mnie, polega na zapewnianiu mu towarzysza, przed którym może się chełpić"[5]. 
A teraz rozejrzyjmy się wśród ludzi, z którymi tym razem nasi bohaterowie mają do czynienia, i zbadajmy panujące między nimi relacje.

Oto piękna, zachłanna i próżna Jane Wilkinson, owijająca sobie wokół palca kolejnych mężczyzn – bo przecież "można wiele znieść od pięknej kobiety, przyjacielu – zauważył Poirot, mrugając okiem. – Gdyby miała perkaty nos, ziemistą cerę i tłuste włosy, wtedy… wtedy na pewno nie mogłaby »postawić na swoim«, jak pan to ujął"[6] – dobieranych wedle szczególnego klucza: "gdyby książę Merton nie miał tytułu ani majątku, jego romantyczne podobieństwo do rozmarzonego mnicha zupełnie by jej nie obchodziło"[7]. 

Oto jej nieboszczyk mąż, mężczyzna, który nie zdołał przy sobie utrzymać żadnej kobiety ani wzbudzić choćby sympatii, nie mówiąc o miłości, własnej córki; jakże trzeba dokuczyć najbliższej osobie, by po śmierci nie zasłużyć nawet na odrobinę żalu z jej strony! A jednak jest ktoś, kto nie uważa, by "lord Edgware był człowiekiem trudnym we współżyciu". "Między nami nigdy nie doszło do nieporozumień. Zawsze uważał, że można na mnie w pełni polegać"[8] – powiada jego sekretarka. Czy to tylko dbałość o pozory, które, jak się zdaje, panna Carroll pragnie zachować za wszelką cenę (jak wtedy, gdy mówi do córki swego chlebodawcy, gwałtownie eksponującej negatywne uczucia: "Doprawdy, Geraldine, nie sądzę, by trzeba było wchodzić w to wszystko. Między ojcem a córką często się nie układa. Im mniej się o tym mówi, tym lepiej. Dobrze to wiem"[9]), czy jednak coś więcej? 


Dalej mimowolny rywal lorda, książę Merton – młody człowiek o niepociągającej aparycji, odznaczający się dewocyjną religijnością, najwidoczniej zafascynowany piękną aktorką, ale równocześnie się tego wstydzący – i jego stanowcza matka, pojawiająca się tylko w jednej scenie, za to z impetem, którym mogłaby się podzielić ze swoim niemrawym potomkiem. 

A także Donald Ross, młodzieniec najwidoczniej dobrze urodzony, lecz niezbyt zamożny i raczej mało uzdolniony, nie na tyle jednak, by nie umiał ironicznie ocenić swojej życiowej sytuacji: 
"Ja jestem młodym człowiekiem z przyszłością, panie Poirot – i to tak dobrą, jak mieli nadzieję. Czy lubię operę? Szczerze mówiąc, wcale. Lecz cenię sobie wspaniałe obiady na Grosvenor Square przed przedstawieniem, a po nim równie wspaniałe kolacje gdzieś indziej, nawet jeśli rzeczywiście muszę tańczyć z Rachel Dortheimer i przez następne dwa dni chodzić ze sztywnym ramieniem"[10]. 

Śledzenie zachowań tych ludzi jest co najmniej tak samo frapujące, jak samodzielne dociekanie osoby sprawcy. I choć w polskim wydaniu trafiają się drobne potknięcia: 

– "lokaj zaniósł mu whisky z sodą do biblioteki"[11] ("soda" w zwrocie "whisky and soda" jako żywo nie oznacza sody, lecz wodę sodową), 
– książę Merton to raz "zagorzały anglikanin"[12], innym zaś razem jest "filarem kościoła katolickiego"[13], podczas gdy w oryginale i tu, i tam mowa o "Anglo-Catholic" (a anglokatolicy to odłam religii anglikańskiej, od zasadniczego nurtu tego wyznania różniący się naciskiem na zachowanie większości tradycji katolickich i wczesnochrześcijańskich), 
brak przypisu w scenie z gafą popełnioną przez Jane na przyjęciu (żeby zrozumieć, w czym rzecz, trzeba wiedzieć, że po angielsku zarówno nazwę miasta Paryż, jak i imię postaci mitologicznej Parys pisze się i wymawia identycznie – "Paris" – a przecież nie każdy czytelnik ten język zna),  to w sumie drobiazg w porównaniu z przyjemnością, jaką sprawia przeczytanie całości. 


---
[1] Agatha Christie, „Śmierć lorda Edgware’a”, przeł. Agnieszka Bihl, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 11.
[2] Tamże, s. 165.
[3] Tamże, s. 72
[4] Tamże, s. 92.
[5] Tamże, s. 130.
[6] Tamże, s. 33.
[7] Tamże, s. 27.
[8] Tamże, s. 71.
[9] Tamże, s. 111-112.
[10] Tamże, s. 119-120.
[11] Tamże, s. 68.
[12] Tamże, s. 17.
[13] Tamże, s. 254.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką opinii jest Dot59.


poniedziałek, 22 stycznia 2018

Dom zbrodni - film. Intueri zaprasza na recenzję


Agata Christie stworzyła kilka charyzmatycznych postaci, które szturmem wkroczyły do literatury światowej, zapisując się w pamięci czytelników. Nic dziwnego, że bardzo szybko podbiły też serca widzów, zarówno na dużym, jak i małym ekranie. Herkules Poirot, jak i panna Marple doczekali się swoich filmów i seriali. Również takie pojedyncze perełki, jak „I nie było już nikogo”, doczekały się już swojej filmowej adaptacji. Jednakże „Dom zbrodni” nie cieszył się jak dotąd zainteresowaniem filmowców, choć sama autorka uważała pisanie tej powieści za przyjemność.
Umiera Arystydes Leonides, twórca imperium gastronomicznego, posiadacz wielkiej fortuny. Jego wnuczka, Sophia, podejrzewa jednak, że dziadek został zamordowany. Kiedy hipoteza ta zostaje potwierdzona przez policję, Sophia najmuje swojego dawnego kochanka, prywatnego detektywa, Charlesa Hayworda, by rozwiązał tę zagadkę. Młody detektyw jedzie więc do rodowej posiadłości Leonidesów, by rozpocząć śledztwo. Na miejscu poznaje kolejnych członków rodziny, a każdy z nich jest bardziej ekscentryczny i tajemniczy od drugiego.


Znawcom twórczości Agathy Christie od razu rzuci się w oczy, że „Dom zbrodni” jest w pewnej mierze kalką, napisanego dekadę wcześniej, „Morderstwa w Boże Narodzenie”. W obu książkach mamy ten sam schemat. Całą rodziną trzęsie okrutny, despotyczny dziadek. Wszyscy, choć niechętnie, tańczą jak im zagra, licząc na pieniądze i jak najszybszy zgon delikwenta. Podobnie, jak w „Morderstwie” mamy tu dwóch synów – jednego uzależnionego od ojca i jego miłości, z oddaną żoną, która całe lata czeka, aż opuszczą upiorny dom i zaczną żyć własnym życiem, jak i drugiego, któremu udało się uniezależnić, a jego głównym problemem stała się wymagająca żona. Jest też stare domostwo, w którym wszyscy zostają uwięzieni. Choć więc koncept jest bardzo podobny, rozwiązanie okazuje się jednak zupełnie inne. Trzeba przyznać, że w „Domu zbrodni” schemat skłóconej rodziny, zamkniętej w upiornym starym domostwie został dużo lepiej wykorzystany.
Obsada „Domu zbrodni” nie pozostawia nic do życzenia. Glane Close łączy w sobie niepokój i tajemnicę, Gillian Anderson świetnie sprawdza się w roli przegranej aktorki, Amanda Abbington jest świetna w roli kobiety o mocnym charakterze będącej żoną życiowego nieudacznika, natomiast Stefanie Martini to chodzący seksapil i niebezpieczeństwo. Gra aktorska stoi tu na bardzo wysokim poziomie, choć uczciwie trzeba przyznać, że ze względu na mnogość bohaterów, aktorzy nie mieli wielkiego pola do popisu, bo charaktery i sylwetki postaci zostają jedynie zarysowane. Na ich pogłębienie w toku rozwoju akcji zabrakło już czasu.


Nie można ukryć, że „Dom zbrodni” robiony jest w starym stylu. Nie uświadczymy tu pościgów ani wartkiej akcji. Wszystko toczy się powoli. Rozwiązywanie zagadki polega głównie na przeprowadzaniu rozmów z podejrzanymi. Jednocześnie film ma bardzo gęstą atmosferę. Ostatecznie bohaterowie utknęli w sytuacji, w której zamknięci są w położonym na odludziu domu, a wśród nich znajduje się morderca. Atmosferę potęgują także klimatyczne zdjęcia, przepuszczone przez filtry szarości i granatu. Ponadto oko cieszą przepiękne kostiumy z epoki oraz doskonale dobrana muzyka.

„Dom zbrodni” to świetny film. Trzymający w napięciu, klimatyczny. Przyznaję szczerze, bardzo bałam się o zakończenie. Wszak kryminał opiera się na zakończeniu. Jeśli jest ono do dupy, cała historia bierze w łeb. Tym razem Agatha Christie naprawdę zaskakuje. Zakończenie okazuje się fenomenalne i jest tylko wisienką na tym, jakże smakowitym, torcie.