wtorek, 12 grudnia 2017

„Tej nocy cały świat wyrusza w podróż!”[1]


Współczesny Orient Ekspress

„Morderstwo w Orient Expressie”
jest jedną z powieści najbardziej znanych i zarazem najbardziej znaczących dla literatury kryminalnej w dorobku Agathy Christie (obok „Zabójstwa Rogera Ackroyda” czy „I nie było już nikogo”). Jej popularność nie słabnie – pojawiają się reprinty, nowe tłumaczenia. Kolejni czytelnicy wybierają się w podróż luksusowym pociągiem i z zapartym tchem tropią mordercę razem z Herkulesem Poirotem (to też najbardziej niezwykła sprawa w jego karierze). 


Wybitny detektyw wraca do Europy po swoim kolejnym sukcesie. Jego początkowe plany turystyczne nie dochodzą do skutku – nieoczekiwanie musi szybko wrócić do Anglii. Szczęśliwym trafem udaje mu się znaleźć miejsce w Orient Expressie – istnym luksusie na kółkach. Długa podróż, przemieszczanie się z punktu A do B w zamkniętej przestrzeni, stawia człowieka w osobliwej sytuacji. Oto fragment interesującej rozmowy, jaką Poirot odbywa z jednym z przyjaciół – Monsieur Boukiem – w wagonie restauracyjnym: 


„– Ach! – westchnął. – Gdybym tylko miał pióro Balzaka! Opisałbym tę scenę – powiedział, zataczając dłonią łuk. - Ciekawy pomysł – odparł Poirot. – A zatem mam twoje poparcie? Myślę, że nikt jeszcze tego nie zrobił. A przecież, mój przyjacielu, wszystko sprzyja romansom. Otaczają nas ludzie wszelkich klas i narodowości, w każdym wieku. Następne trzy dni ci ludzie, ci zupełnie obcy sobie ludzie spędzą razem. Śpią i jedzą pod jednym dachem, nie mogą od siebie uciec. Gdy te trzy dni dobiegną końca, ich drogi się rozejdą, każde z nich uda się w swoją stronę, by zapewne nigdy więcej się nie spotkać. – A gdyby tak przydarzył się wypadek… – Och, nie, mój przyjacielu… 
– (…) Niemniej jednak przyjmijmy na chwilę podobne założenie. Wówczas wszystkich tych ludzi połączyłaby… śmierć”[2]. 

Choć nic nie zapowiada morderstwa, detektyw okazuje się wyjątkowo przewidujący. Podróż zostaje przerwana, gdy pociąg nieoczekiwanie natrafia na zaspy śnieżne nie do przebycia i zatrzymuje się gdzieś na Bałkanach. Okazuje się, że nocą jeden z pasażerów został brutalnie zamordowany. Ofiarą szaleńca – bo kto przy zdrowych zmysłach zadaje kilkanaście ciosów sztyletem? – padł milioner Samuel Ratchett. Był osobliwym człowiekiem – pomimo kostiumu szacownego jegomościa, miał w sobie coś dzikiego i odpychającego (przywodził na myśl „dzikie zwierzę – zwierzę okrutne, doprawdy okrutne!”[3]). Od pewnego czasu czegoś się obawiał. Zwrócił się nawet o pomoc do Poirota, ale ten – zrażony – odmówił. Czyżby wrogowie dosięgli milionera? A może to samo przeznaczenie upomniało się o swoje? 

Współczesny Orient Ekspress

Przypadkiem wychodzi na jaw, że Ratchett to naprawdę Casetti – wyjątkowo okrutny przestępca specjalizujący się w porwaniach. Trzy lata wcześniej kierował gangiem porywaczy, który uprowadził dla okupu, a potem bestialsko zamordował małą Daisy Armstrong (która wcześniej „Nie 
zaznała niczego poza dobrocią i miłością”[4]. Ta tragedia pociągnęła za sobą kolejne – matka Daisy zmarła, wydając przedwcześnie na świat martwe dziecko, a ojciec dziewczynki popełnił samobójstwo. Casettiemu udało się uniknąć kary i zbiec. 


A jednak odkrycie tożsamości ofiary niczego nie rozstrzyga. Żadne z pasażerów nie miało bezpośredniej styczności z rodziną Armstrongów, gdzie więc motyw? Ponadto alibi wszystkich wydaje się niepodważalne. Mnożą się tropy, ale – paradoksalnie – nie przybliżają do rozwiązania zagadki. Oczywiście, Hercules Poirot w końcu znajdzie mordercę, lecz ten sukces będzie miał swoją cenę. 
Intryga jest zawikłana, historia niezwykle mroczna (to więcej niż tradycyjna zagadka – autorka pokazuje, jak bardzo zbrodnia może wpłynąć na życie tych, którzy zostali w nią wbrew sobie wplątani, zmuszając nas do przemyśleń – jak byśmy sami postąpili na miejscu osoby odpowiedzialnej za tę potworną zbrodnię?), a styl Christie sprawia, że nie można się oderwać od lektury. Doprawdy, trudno się dziwić, że ta powieść nie traci na popularności i zyskuje rzesze nowych czytelników, a kolejni twórcy mierzą się z tym jakże filmowym materiałem (jak dotąd opowieść o zabójstwie w luksusowym pociągu doczekała się aż czterech ekranizacji). Choć mijają dziesięciolecia, a literatura kryminalna się rozwija, wybitna klasyka kryminału pozostaje wybitną klasyką. Mam nadzieję, że „Morderstwo w Orient Expressie” będzie się cieszyć tak wielkim uwielbieniem również w kolejnych latach. Ta powieść na to zasługuje. 
--- 
[1] Agatha Christie, „Morderstwo w Orient Expressie”, przeł. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2017, s. 23. 
[2] Tamże, s. 27-28. 
[3] Tamże, s. 21. 
[4] Tamże, s. 243. 


Recenzja pochodzi z BiblioNETki, autorem jest Misiak297.

środa, 6 grudnia 2017

Morderstwo w Orient Expressie - książka vs. film z 2017?

  
W związku z premierą filmu, która sprawiła, że doczekałam się nowej odsłony graficznej dobrze znanej mi powieści Agaty Christie przez Wydawnictwo Dolnośląskie, postanowiłam przygotować na dziś coś innego niż zawsze. Odświeżyłam sobie Morderstwo w Orient Expressie i zaraz po tym odwiedziłam Multikino. Dzięki temu udało mi się wyłapać podobieństwa (chyba aż jedno) i różnice pomiędzy książką a ekranizacją! Zainteresowani? Mam nadzieję! Zapraszam.

Jak już wiecie po mojej recenzji, film bardzo odstaje od niektórych wydarzeń z książki. Jeżeli ktoś nie chce sobie sobie zepsuć niespodzianki - niech nie czyta tego posta albo zajrzy do niego po lekturze i seansie. Wymienię te najbardziej istotne szczegóły - te, które najbardziej rzucają się w oczy. Dlatego też potraktujcie ten post jako swego rodzaju ciekawostki!

1. Te wąsy!


Zapewne nie tylko ja zwróciłam największą uwagę na wąsy głównego bohatera. Bo jak tu je przeoczyć?! Początkowo twierdziłam, że już gorszych nie mogli wybrać i przyrównałam je do belgijskiego detektywa granego przez Davida Suchet. Bo cóż to za ogromne wąsiska on to ma nad wargami?!

Przejrzał się w lustrze. Oto współczesny Herkules, jakże odmienny od tego niesmacznego wizerunku nagiego osobnika z przerostem mięśni, wywijającego maczugą. Ot, mała, zwarta postać, tak bardzo na miejscu, w wielkomiejskim ubraniu i z wąsem – wąsem o zapuszczeniu jakiego antyczny Herkules nie mógłby nawet marzyć, wąsem wspaniałym, a zarazem wyszukanym.
 [Dwanaście prac Herkulesa, str. 10] 
 
Chylę głowę. Mój błąd! Przecież Christie niejednokrotnie podkreślała, że Herkules Poirot był posiadaczem najbardziej imponującego wąsa na całym świecie (albo chociaż w samej Wielkiej Brytanii). Chyba każdy przyzna, że ozdoba Kennetha robi wrażenie, prawda?


2. Ach, ten Poirot... taki wybuchowy! 


Film - a właściwie postać odgrywana przez Brangha - chce nas przekonać, że Poirot był osobą uwielbiającą symetrię, a przy tym naprawdę energiczną oraz wybuchową. Z tym pierwszym faktem się zgadzam. W 100%. Dzięki porządkom Herkules był w stanie rozwiązać pierwsze śledztwo wymyślone przez Christie (Tajemnicza historia w Styles), więc rozumiem podobny zabieg. Ale co do dwóch kolejnych aspektów...

W ekranizacji Belg zachowuje się nadzwyczaj wybuchowo, podczas gdy w książce spokojnie siedzi cicho i analizuje każdy szczegół. W filmie zabrakło tych momentów, podczas których Poirot był Poirotem - oczywiście została podkreślona jego pycha, ale jedynie w słowach, już mniej w czynach.  Choć muszę oddać pokłon w kierunku jego galanterii!



3. Żydzi?


Zastanawia mnie, czemu podkreślono odmienność rasy, która raczej nie wniosła niczego do wydźwięku ekranizacji... a której w ogóle nie było w książce. Mam tutaj na myśli kwestię żydowską (jak to brzmi!). W powieści Agaty Christie - o ile mnie pamięć nie myli i szybki research - nie ma ani jednego Żyda. Więc czemu nagle stał się nim jeden z bohaterów? 

Jak również czemu nagle pojawiło się nazwisko Pilar Estravados, skoro w książce występuje ta sama bohaterka o imieniu Greta Ohlsson? Szwedka - tak propo.

Poza tym twórcy pozamieniali także pokrewieństwo między postaciami i samą ich rolę - Bóg wie czemu. Księżna była matką chrzestną matki Daisy a nie samej Daisy (swoją drogą... nie miała żadnego psa). 

Dlaczego konduktor znalazł się w pociągu? Ponieważ zamordowano jego jedyną córkę Suzanne - córkę, nie siostrę. 

Pułkownik Arbuthnot był - jak już się domyślacie - pułkownikiem, a nie lekarzem (do tego w końcu mamy doktora Constantine). 

No i ostatnie - McQueen był osobą, która oprowadzała po świecie Rachetta, ponieważ znał wiele języków obcych, co nawet nie zostało wspomniane.


4. Lawina, przepaść i pościg


Czyli typowe zagrania, bez których Hollywood nie byłoby Hollywoodem. A przynajmniej oni tak sądzą. Wprowadzać podobne efekty specjalne z lawiną i wypadnięciem pociągu poza tory jest typowym wymysłem - w książce nie występującym. 

Orient Express po prostu nie mógł przejechać przez grubą warstwę śniegu. I wcale nie utknął AKURAT na torach nad przepaścią. A tym bardziej nikt nagle nie chciał na siłę ukryć pewnego dowodu, czym samym narazić się na niepotrzebne podejrzenia. 

No ale cóż... mówimy tu o takich drobnostkach, gdy już na początku widzimy nieścisłości. I to SPORE! Poirot nie odkrył zwłok (czym bardziej nie wyważył klamki... swoją laską), nikt nie celował w niego pistoletem, a tym bardziej nikt nie zapragnął się zasztyletować, ponieważ ów sztylet spokojnie znajdował się w kosmetyczce. Absurdy kina amerykańskiego nadają zupełnie innego znaczenia klasyce angielskiego kryminału.



5. Kolejność dochodzenia, poznania i nieścisłości



Ja wiem, że filmowcy nie mieliby nawet tyle czasu, aby powoli i z równie wielką gracją detektywistyczną przedstawić  kolejność wydarzeń, więc do tego punktu odniosę się jedynie na zasadzie ciekawostek. 

Pierwsze spotkanie Poirota z Rachettem nie miało miejsca w pociągu, lecz już w Stambule.

Groźby były pisane odręcznie przez każdego mordercę z osobna, a nie poprzez powyklejane litery z gazety - wg mnie akurat ten aspekt jest bardzo istotny. 

To, jak Herkules odczytał pozostawioną wskazówkę, zawdzięcza drutom od kapeluszników jednej z pań podejrzanych (nie wiem skąd wziął on w pociągu prowizoryczny lampion, czy co to tam było). 

Strój konduktora był w walizce, która nie była zamknięta na klucz ale... owinięty w ręcznik. Zagubiony guzik od kombinezonu znajdował się natomiast na książce, a nie w łóżku bohaterki.

Zegarek był w koszuli na piersi, a nie na stoliku. 

No i oczywiście... przesłuchania miały miejsce w wagonie restauracyjnym, a nie w pokojach podejrzanych.

6. Miłość Poirota 


No i najważniejsze... Katherine! A dokładnie Katherine z obrazu, ze wspomnień. Katherine, Katherine, Katherine... Kto to, do jasnej ciasnej, jest? Skąd nagle pomysł twórców, by wprowadzić wątek miłosny zatytułowany: nieszczęśliwa miłość Herkulesa Poirota?  No kto?

Przecież Poirot nigdy - i to już nie chodzi o Morderstwo w Orient Expressie, ale o wszystkie powieści mu poświęcone - nie miał ukochanej. No wybaczcie, sama chciałam, żeby nagle się okazało coś innego, ale niestety Christie pozostała przy swoim początkowym pomyśle. Był lekko pokręconym, pełnym wad i pychy geniuszem. W czym przypominał chociażby Sherlocka Holmesa. Więc czemu, ach czemu, nagle ktoś zdecydował się w pojedynczej ekranizacji wprowadzić motyw miłości? 

I czemu mam wrażenie, że w Śmierci na Nilu pociągną ten wątek dalej?

~~*~~

Ale to takie ciekawostki. Film nie odda wszystkiego tak dobrze jak książka, dlatego - błagam! - jeżeli choć w minimalnym stopniu zainteresował Was film... sięgnijcie po oryginalne dzieło Agaty Christie. Morderstwo w Orient Expressie nie bez powodu jest tak rozchwytywaną powieścią i klasyką samą w sobie. To doskonale napisana opowieść o ofiarach i zabójcach, której zakończenie zaskakuje (ale tylko w książce). Dlatego czytajcie!

W tej rozgrywce - a jakże! - wygrywa książka! Także pędźcie do księgarń i czytajcie!
 

Porównanie pochodzi z bloga Wymarzona Książka.

czwartek, 30 listopada 2017

Morderstwo w Orient Expressie [2017], czyli kryminał w klasie drugiej

Mało jest takich filmów, których szczerze nie mogę się doczekać. Morderstwo w Orient Expressie było właśnie jednym z tych nielicznych. Po genialnym serialu BBC na bazie najpopularniejszej powieści Agaty Christie - I nie było już nikogo - liczyłam (nie bez powodu przecież!) na równie dobrą ekranizację książki z drugiego miejsca z rankingu. Czy się zawiodłam? Cóż... i tak, i nie. Ale o tym już zaraz. Zapraszam na filmową recenzję.


Sławny detektyw Hercules Poirot (Kenneth Branagh) musi koniecznie wracać do Londynu, dlatego dzięki pomocy zaufanego przyjaciela, Bouca (Tom Bateman), w ostatniej chwili wsiada do luksusowego Orient Expressu. Krótki jest jego odpoczynek po rozwiązanej sprawie w Stambule, ponieważ w pociągu dochodzi do morderstwa, a ofiarą pada amerykański biznesmen (Johnny Depp). Okoliczności śmierci są niezwykle frapujące, a poszlaki mylące. Wychodzi na jaw, że wszyscy mógłby mieć motyw, a przy tym każdy ma alibi.

Na wstępie chciałabym tylko wspomnieć o pewnych pogłoskach, krążących w Internecie, a mówiących o sprzecznych z prawdą plotkach, jakoby Morderstwo w Orient Expressie w reżyserii Kennetha Branagha było remakiem filmu z roku 1974. Wierutne kłamstwo. To przede wszystkim ekranizacja powieści Królowej Kryminału o tym samym tytule. Tyle że nieco przekombinowane w typowo hollywoodzkim stylu.

Ciężko pisać o filmie, którego historię zna się od dawna, a którą w dodatku szczerze się uwielbia. Morderstwo w Orient Expressie Branagha z góry musiało liczyć się z tym, że miłośnicy Agaty Christie nieustannie będą porównywali film albo do oryginału, albo do innych ekranizacji. Zadanie niełatwe, ponieważ musiało zadowolić aż dwa grona odbiorców - tych, którzy czytali książkę, i tych, którzy nigdy o niej może nawet nie słyszeli. Dla ułatwienia zacznę recenzję z punktu widzenia tych ostatnich.


Fabuła oparta na historii z lat 30. tworzy klimat opowieści zupełnie inny, niż ten, do którego młody widz już się przyzwyczaił. Najważniejsze są pozostawione poszlaki i powolne dochodzenie do winnego; przesłuchiwania i wyłapywanie nieścisłości. To właśnie za to miliony czytelników z całego świata pokochali Agatę Christie, a teraz ma szansę spodobać się kolejnym odbiorcom. Akcja powoli płynie, przedstawiając bohaterów, a zostało to wykonane w taki sposób, że raczej nie trudno się pogubić. Główne myśli Królowej Kryminałów pozostały. Jej duch od początku gdzieś krążył wokół tego filmu... by zniknąć całkowicie pod jego koniec. 

Fani Christie muszą być przygotowani na to, że niejednokrotnie będą kręcili nosem (bądź całymi głowami!), widząc niektóre zagrania reżyserskie. Osobiście początkowo po prostu przymykałam oko na pewne momenty, ale im bliżej końca, tym trudniejsze to było. Słyszałam naprawdę wiele o tym, jak bardzo Kenneth Branagh skupia się na szczegółach produkcji... czyli że zasnął po godzinie kręcenia? Z drugiej strony mogłam się domyśleć, że amerykańscy filmowcy nie byliby sobą, gdyby nie dodali komicznych efektów specjalnych bądź niepotrzebnych momentów pościgu. No nie byliby sobą. Nie i już. 

A czyż ekranizacja klasyki kryminału nie dawała możliwości na pokazanie widzom XXI wieku nieco innego klimatu opowieści - równie ciekawego, a przy tym w obecnych produkcjach niemal niedostępnego? Co kierowało twórcami, że postanowili mimo wszystko zniszczyć kryminał w stylu retro na rzecz powszechnie znanych już historii? Szczerze nie rozumiałam niektórych zmian w scenariuszu, które burzyły cały nastrój. Do małych szczegółów nie mam prawa się przyczepić, ale do tych większych już tak - takich, jak chociażby pominięcie niektórych tropów bądź zmiany w pokrewieństwach, które przecież rzucają zupełnie inne światło na daną postać.

No ale przynajmniej Hercules Poirot może czuć się usatysfakcjonowany w swojej próżności, ponieważ w jak mało której książce Christie, jest tutaj zdecydowanie na pierwszym planie. A jego dziwactwa i temperament zostały podwojone, tworząc lekko karykaturalną postać jego samego. Kenneth Branagh chyba za bardzo skupił się właśnie na tworzeniu własnego bohatera, tracąc tym samym cenne minuty, które można byłoby z korzyścią przeznaczyć na zagadkę. W pozostałych rolach mamy niemal samych nominowanych dla Oscara bądź już posiadających złotą statuetkę, m.in.: Penelope Cruz, Johnny Depp, Michelle Pfeiffer, Willem Dafoe, Josh Gad, Lucy Boynton czy Leslie Odom. Każdy z nich ma gdzieś swoje pięć minut sławy podczas przesłuchania, ale blakną w obliczu belgijskiego detektywa. 

Bo to Hercule Poirot ma pierwsze i ostatnie zdanie!

Nie skupiałabym się tak mocno na odczuciach miłośnika twórczości Christie i mogłabym spokojnie powiedzieć, że Morderstwo w Orient Expressie spodoba się z mniejszym bądź większym przymrużeniem oka każdemu, gdyby nie zakończenie. Wydźwięk  filmu a wydźwięk powieści to dwa różne światy - coś, co nigdy nie powinno zostać nazwane tym samym mianem. I tego już naprawdę nie mogę przebaczyć tej produkcji. 


Kończąc swój wywód czymś pozytywnym, pochwalić muszę za często zapierające dech w piersiach zdjęcia. Już od pierwszych minut filmu podziwiać można piękny, orientalny Stambuł. Później przez większą część produkcji stoimy w miejscu, tak jak wykolejony pociąg. I tutaj też filmowcy spisali się na medal. Zasypane śniegiem urwisko tworzy klimat grozy i niebezpieczeństwa z każdej strony, a do tego widok kamery z góry utrzymuje potrzebne wrażenie ciasnoty pociągu. Proste zagrania, a przy tym jakże trafne.

Morderstwo w Orient Expressie mogło stać się czymś wielkim, dwuznacznym, jak niejednoznaczne jest zakończenie powieści. Mogło spodobać się obydwóm grupom odbiorców, a niestety wyszło jak wyszło. To dobry film z miłymi dla oka ujęciami, ale pozbawiony klimatu książek Agaty Christie. Jeżeli fanom to nie przeszkadza - mogą pójść śmiało do kina. Osobom, które nie znają nazwiska Królowej Kryminału, polecam po stokroć, bo jest nadzieja, że później sięgną po książkę. 
  
Recenzja pochodzi z bloga Wymarzona Książka.

sobota, 25 listopada 2017

"Zabójstwo Rogera Ackroyda" najlepszą powieścią kryminalną wszechczasów


Kontrowersyjna, swego czasu, powieść Agathy Christie "Zabójstwo Rogera Ackroyda", głosami ponad 600 autorów zrzeszonych w brytyjskim Stowarzyszeniu Pisarzy Literatury Kryminalnej, została wybrana najlepszą powieścią kryminalną, jaką kiedykolwiek napisano. 
Rozwiązanie fabularne, które Agatha zastosowała w powieści, okazało się sprzeczne z obowiązującym kanonem literatury detektywistycznej i w związku z tym, autorka została na jakiś czas wykluczona z "Klubu Detektywów", który zrzeszał autorów gatunku. 
Agatha Christie została również wybrana najlepszą autorką kryminałów. [link]

Na załączonym zdjęciu niewidomy weteran wojenny, kapitan Ian Fraser, słucha książki mówionej w 1935 roku. [link]
"Historia audiobooków jest tak długa, jak historia rejestrowania ludzkiej mowy. Kiedy w 1877 roku Thomas Edison wynalazł swój pierwszy fonograf, wśród możliwości jego zastosowania widział nagrywanie książek dla niewidomych. (...) W 1934 roku American Foundation for the Blind (Amerykańska Fundacja dla Niewidomych) uruchomiła program, w ramach którego zaczęto wydawać na tym nośniku książki, które były przeznaczone dla niewidomych weteranów I wojny światowej i cywilów, którzy nie potrafili czytać za pomocą alfabetu Braille’a. (...) Rok później z podobną działalnością wystartował brytyjski The Royal National Institute of Blind People (Królewski Narodowy Instytut dla Niewidomych). Pierwsze dwie książki mówione wydane w Wielkiej Brytanii to nowela „Tajfun” Josepha Conrada i kryminał „Zabójstwo Rogera Ackroyda” Agathy Christie. Nagrania publikowano na płytach wykonanych z szelaku, czyli rodzaju żywicy produkowanej z wydzielin owadów. [link]

poniedziałek, 20 listopada 2017

Dla zadośćuczynienia sprawiedliwości warto odrapać lakierki - WRZESIEŃ Z AGATHĄ CHRISTIE!


Po co człowiek wyjeżdża na urlop? Po to, rzecz jasna, by przede wszystkim odpocząć od pracy, tym bardziej jeśli należy ona do gatunku tych, od których nie można się uwolnić, przekroczywszy próg firmy po ośmiu godzinach wykonywania wymaganych czynności. A nikt nie zaprzeczy, że taka właśnie jest praca prywatnego detektywa, działającego na własny rachunek; co prawda nikt nie każe mu podpisywać listy obecności ani nie zabrania wyjść na obiad w trakcie zbierania informacji, ale za to bywa, że prowadzone sprawy zajmują jego myśli całymi dniami, bez względu na to, czy właśnie siedzi nad aktami, czy spożywa posiłek, robi zakupy, kładzie się spać. Potrzeba mu zatem możliwości całkowitego oderwania się od środowiska, w którym zazwyczaj pracuje, od wszystkiego, co w jakiś sposób z jego pracą się wiąże; w tym celu warto wybrać się daleko, daleko, im dalej, tym lepiej... 

Herkules Poirot dobrze to wie, od czasu do czasu spędza więc wakacje poza Wyspami Brytyjskimi, najchętniej na Bliskim Wschodzie, gdzie po pierwsze, jest zawsze ciepło, a po drugie, można zobaczyć coś ciekawego, nie zmieniając jednak zasadniczo swoich codziennych przyzwyczajeń. No, bo nie oszukujmy się, nie jest on przecież typem poszukiwacza przygód, który, odziany w nietwarzowe drelichy i nieeleganckie buciory na grubych podeszwach, będzie przemierzał konno lub pieszo jakieś niezdobyte pustkowia, kładąc się do snu na improwizowanej pryczy i odżywiając się, quelle horreur, konserwami z puszki! Na szczęście brytyjskie firmy turystyczne zapewniają takiemu podróżnikowi zakwaterowanie w odpowiedniej klasy hotelach, a gdyby mu przyszło na myśl wybrać się na wycieczkę po pustyni, stwarzają – z pomocą niezliczonej rzeszy personelu – maksymalnie komfortową namiastkę tego, czego oczekuje. Niestety, sęk w tym, że z ich usług korzystają praktycznie wszyscy zamożni Europejczycy i Amerykanie, którym przyjdzie na myśl wybrać się w te regiony. Również ci, co mają jakieś nieczyste zamiary albo są tak przepełnieni złymi emocjami, że byle jaka zmiana może ich sprowokować do gwałtownych czynów. Nic więc dziwnego, iż gdziekolwiek by się mały Belg znalazł, zawsze może się okazać, że jego szare komórki będą miały co robić... 

Na przykład w Ziemi Świętej, na terytoriach chwilowo zarządzanych przez Brytyjczyków, gdzie prócz niego spędza wakacje zamożna Amerykanka z kilkorgiem dorosłych dzieci i przyjacielem rodziny, światowej sławy francuski psychiatra oraz trzy Angielki: młoda lekarka, parlamentarzystka i emerytowana niańka. Już pierwszego dnia udaje mu się niechcący posłyszeć fragment rozmowy, zawierający "ciekawe zdanie! W sam raz dla uszu słynnego detektywa"[1]. Nie ma jednak zbyt wielu okazji do dociekań, bo cała gromada hotelowych gości – w tym rodzina, która zwróciła jego uwagę nietypowym zachowaniem – właśnie opuszcza Jerozolimę, udając się na tygodniową wycieczkę do Petry. Lecz już wkrótce prosi go o pomoc niejaki pułkownik Carbury, odpowiednik szeryfa w ówczesnej Transjordanii; oto bowiem na jego terytorium zmarła nagle sześćdziesięcioparoletnia turystka. "Męcząca podróż, upał, niezwykły o tej porze roku, choroba serca (...). Śmierć naturalna, idealnie łatwa do uzasadnienia"[2] – a jednak sumienny wojak jakoś nie może się pozbyć wrażenia, że rodzina nieboszczki za mało boleje nad jej zgonem, na dodatek w relacji towarzyszącego wyprawie lekarza dostrzegł parę zastanawiających informacji. A kiedy okazuje się, że właśnie Boyntonów spotkał Poirot parę dni wcześniej w holu hotelu "Salomon", i kiedy rozpoznaje on głos, który pierwszej nocy usłyszał przez okno – jest już pewien, że to sprawa dla niego... 

Czy uda mu się w ciągu jednej doby dociec prawdy, w to może wątpić co najwyżej Carbury; my wiemy, że nie takich rzeczy do tej pory dokonywał, więc jeśli ktoś z tego nie wyjdzie z honorem, na pewno nie będzie to on, lecz osoba, która – czy celowo i z rozmysłem, czy tknięta jakimś nagłym impulsem, sprowokowana tą jedną kroplą jadu przepełniającą czarę goryczy – pomogła starszej pani przenieść się na drugi świat. 
Uznanie dla jego daru obserwacji i dedukcji to jedno; sympatia, jaką go darzymy bez względu na pewne niedoskonałości jego charakteru, wliczając w to przesadną pedanterię i niejaki egocentryzm, to drugie. Ale jest i trzeci powód, że "Rendez-vous ze śmiercią" odbieramy inaczej niż przeciętny kryminał – mianowicie świetne portrety psychologiczne postaci. Zwłaszcza rodziny Boyntonów. Pięcioro dorosłych ludzi, kompletnie sterroryzowanych i ubezwłasnowolnionych przez złośliwą, despotyczną kobietę, która tylko dla jednego z nich jest rodzoną matką – sytuacja, zdawałoby się, nieprawdopodobna. Ale czy rzeczywiście? Czy niemożliwe jest zdominowanie kilkuletnich dzieci poprzez niemal całkowite odizolowanie ich od otoczenia i wpajanie im fałszywych poglądów? Zapytajmy psychologów i psychiatrów... chociaż właściwie nie musimy, wystarczy uważnie przysłuchać się dyskusji Jeffersona Cope'a z doktorem Gerardem i dialogom, w których biorą udział młodzi Boyntonowie. Nikt z tej piątki nie pracuje, oficjalnie dlatego, że cała rodzina może wygodnie żyć ze schedy po ojcu, ale także dlatego, że żadne z nich, odebrawszy tylko pobieżne domowe wykształcenie, nic nie umie (może poza Nadine, która co prawda, poślubiwszy Lennoxa, nie zdołała już ukończyć szkoły pielęgniarskiej, jednak jakichś umiejętności nabyła) i nie ma pomysłu, czego by się mogło nauczyć. A nawet gdyby pomysł miało, i tak go nie zrealizuje, bo matka nie da na to pieniędzy. Zaś bez pieniędzy od matki nie da sobie rady, bo przecież nic nie umie, a skoro nie umie, nie może podjąć pracy... I błędne koło się zamyka. Są od niej zależni, więc muszą tańczyć tak, jak ona im każe, choćby kazała na komendę chodzić spać i zachowywać się niegrzecznie wobec znajomych. Ich stłamszone osobowości bronią się, jak potrafią. Lennox, mimo perswazji żony (która jako jedyna nie dała się teściowej do końca sterroryzować i wykonując jej życzenia, jednak w swoim umyśle pozostaje wolna), pogrąża się w mentalnym letargu; Carol i Raymond cierpią na ataki lęku przy kontaktach z obcymi; Ginevra, najmłodsza, zdradza objawy psychozy reaktywnej (doktor Gerard podejrzewa ją nawet o schizofrenię, ale, jak się potem dowiemy, na szczęście dla niej podejrzenie to okaże się mylne). 


Przeciwwagę dla tego dramatycznego portretu zbiorowego stanowią sylwetki innych bohaterów, nakreślone z mniej lub bardziej widocznym zacięciem humorystycznym. Lady Westholme, oczywista karykatura pewnego – innego niż pani Boynton – typu kobiety silnej i dominującej, która bywa "ogólnie szanowana i prawie powszechnie nie lubiana"[3]. Wstydliwa, bojaźliwa i szczebiotliwa panna Pierce, łatwowierna i tak podatna na sugestię, że gotowa przysięgać, iż widziała to, czego nie widziała. Sara King, młoda lekarka, która w obecności atrakcyjnych mężczyzn ma skłonności do zachowań nieco egzaltowanej pensjonarki. Doktor Gerard – jak przystało na Francuza, naigrawający się z angielskiej powściągliwości i bezceremonialnie komentujący szykowność stroju poszczególnych dam. Ba, nawet zabierający głos tylko w jednej scenie dragoman Mahmud, który tak wyrzeka na swojego pecha i na podległych mu służących... No i oczywiście sam Poirot, zawsze pewny siebie, zawsze zadowolony z siebie, choć niekoniecznie z okoliczności, mogących, nie daj Boże, niekorzystnie rzutować na jego wymuskaną aparycję, od starannie wypielęgnowanych wąsów po czubki lakierków (ach, zwłaszcza tych nieszczęsnych lakierków, zakurzonych i odrapanych podczas przechadzek po kamienistej pustyni!). 

Zagłębiając się w studiowanie tych sylwetek, niemal się zapomina o kryminalnej fabule, która tym razem zawiera zagadkę, zdawałoby się, nie do rozwiązania: tyle osób ma motyw, tyle osób ma niezbite alibi, a jeszcze do tego prawie każda z nich gotowa jest wziąć winę na siebie, by chronić kogoś innego... Ale czy to wada? Chyba nie, skoro ciągle tak chętnie sięgamy po nieśmiertelne powieści lady Agathy, nie zawsze znajdując dla nich alternatywę w wypuszczanych na rynek setkach współczesnych kryminałów... 


--- 
[1] Agatha Christie, „Rendez-vous ze śmiercią”, przeł. Jan Tadeusz Dehnel, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1997, s. 6. 
[2] Tamże, s. 91. 
[3] Tamże, s. 66. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką opinii jest Dot59.