poniedziałek, 27 marca 2017

Agatha Christie „Kieszeń pełna żyta”


„Kieszeń pełna żyta” to typowy kryminał A. Christie. Idealnie nadaje się do tego, aby odszukiwać w świecie rzeczywistym sylwetki osób, sportretowanych przez pisarkę. Jak już pisałam wcześniej, uwielbiam coś takiego robić. Zawsze podczas czytania Christie zastanawiam się, kto z moich znajomych lub rodziny ma taki sam charakter , jak ktoś z bohaterów książki. W tym przypadku jest to typowa książka Chrisite, bo wiadomo, że zabił ktoś z domowników, których wielu nie jest. A wszystkich poznajemy po kolei. Charaktery są ponadczasowe.
     Wydarzenia rozgrywają się w olbrzymim domostwie bardzo bogatej rodziny, nazwanej przekornie Domkiem pod Cisami. Wszystko rozpoczyna się od zgonu pana domu – przedsiębiorcy Rexa Fortescue, który zaraz po przyjściu do biura i wypiciu herbaty padł trupem. Okazało się, że został otruty  niacyną,  która  działa bardzo szybko. Nie ma innej możliwości, jak ta, że został on otruty w domu podczas śniadania. A w domu była jego żona, druga już, młodziutka, po której widać, że poleciała na jego pieniądze. Kobieta ta miała kochanka, jeszcze bardziej chytrego, niż ona sama, bo kochanek ten z kolei miał plan, że gdy ona zostanie bogatą wdową, będzie chciała ponownie wyjść za mąż, a wtedy on będzie pod ręką. Był też dorosły syn z pierwszego małżeństwa Rexa Fortescue, Parsival z żoną. Parsival robił idealne pierwsze  wrażenie, był pupilkiem ojca, ale to tylko pozory, im bardziej się go poznawało, tym bardziej widoczne był, że pod maską uczciwego człowieka kryje się ktoś inny. Jego żona pozornie robiła wrażenie mało rozgarniętej, ale w rzeczywistości w niektórych momentach widać było całkiem bystre, chytre spojrzenie. Córka Rexa wydawała się najnormalniejsza z całej rodziny. Służba to wyjątkowo głupia służąca – Gladys, sprytny, lubiący zaglądać do kieliszka kamerdyner, pyskata kucharka i uporządkowana, inteligentna zarządzająca domem Mary Dove. Po śmierci pana domu do Domku pod Cisami przybył z zagranicy drugi syn, ujmujący, ale będący w permanentnym konflikcie z ojcem, Lancelot z żoną.

      W miarę, jak rozgrywają się wydarzenia, można śledzić charaktery tych osób. Dla mnie najtrudniejszym było znalezienie alter ego kochanka żony. Znam sporo kobiet, wychodzących za mąż dla pieniędzy,  nawet za odrażających staruchów. Wydawało mi się, że nie znam za to męskiego odpowiednika takiego charakteru.  Po głębszym zastanowieniu okazało się, że sporo jest takich i w moim otoczeniu.
     Jak to u A. Christie bywa, jest i tajemnica z przeszłości. Rex długo wcześniej był współwłaścicielem kopalni w Afryce. Jego wspólnik zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, a wszystko wskazuje na to, że mógł mieć z tym związek właśnie Rex. Zmarły w Afryce wspólnik miał żonę w i dwoje dzieci. Nie można wiec wykluczyć, że któreś z dorosłych dzieci mogło wejść do rodziny Fortescue i dokonać zemsty.

      Christie wplotła w akcję różne dygresje na temat charakteru ludzkiego. Są one stale zastanawiające. Przykładowo w jednej ze scen, Mary Dove była wypytywana przez policjanta na temat tego, czy w określonym momencie widziała przez okno kogoś w ogrodzie. Mary widziała i od razu powiedziała, że wydawało jej się, że to był … tu podała imię tej osoby, nazwijmy go X. Nie mogę oczywiście  napisać, kto to mógł być, którego zabójstwa to dotyczyło i jaki był związek tego mężczyzny z wydarzeniami. Wszystko jest jasne dopiero na końcu. Policjant zakomunikował Mary, że to nie mógł być X, bo o tej godzinie nie było go w domu. Mary przypomniawszy sobie, że rzeczywiście o tej godzinie X w domu nie było, zaczęła się wycofywać z tego, co powiedziała. Uznała, że musiał to jednak być ktoś inny. Okazało się później, że jednak pierwsze skojarzenie było trafne i faktycznie to był X. Gdyby policja wzięła pod uwagę tę ewentualność, że X był w ogrodzie, przyśpieszyłoby to rozstrzygnięcie sprawy. Skojarzyło mi się od razu, jak często ludzie wycofują się ze swoich spostrzeżeń  lub w ogóle zmieniają zdanie pod wpływem cudzej sugestii. A sugerujący, z kolei, w rozmowie niczego nie zyskują od drugiej strony. No i często przecież tak bywa, że gdy chcemy sobie coś przypomnieć, czy skojarzyć, trafne jest właśnie pierwsze wrażenie, czyli coś, co wynika z podświadomości, co nie podległo jeszcze obróbce intelektu. Szkoda, że często  rezygnujemy z tego, co od razu nam przyszło do głowy jako pierwsza myśl lub pierwsze wrażenie.
         Różnych ciekawych obserwacji charakterologicznych jest zdecydowanie więcej, nie sposób tu wszystkich wymienić. Szczególnie ciekawe było ukazanie, jak bardzo szkodliwa może być zwykła głupota, niemal tak, jak i prawdzie wyrachowanie, połączone z olbrzymim intelektem.
      Zauważyłam jeszcze jedno. Kilka lat temu oglądałam film „Kieszeń pełna żyta” z Joan Hickson. Pamiętałam mniej więcej film, gdy czytałam książkę. Ku swojemu zaskoczeniu zauważyłam, że jeśli ktoś czytałby bardzo, ale to bardzo uważnie, zauważyłby jednak pewne mini poszlaki, które bardzo wcześnie wskazywały na właściwego mordercę. Były też i mylne poszlaki, wskazujące na innych, ale te właściwe były znacznie sensowniejsze i znacznie  bardziej sugestywne. Nie wiem, czy pisarka zrobiła to celowo, czy tak  tylko jej wyszło.  No i życiu też tak jest, jeżeli obserwowalibyśmy ludzi wnikliwiej, mniej byłoby zaskoczeń co do ich zachowania .
       Wydawca napisał, że jest to najbardziej gorzka powieść A. Christie. Faktem jest, że wszyscy niemal bohaterowie są tutaj obrzydliwi, a po zabitych nikt nie płacze. Ale i tak z tym stwierdzeniem się nie zgadzam. W innych jej powieściach też tak bywa.
6/6

środa, 22 marca 2017

Niełatwo się dzielić uczuciami - "Córeczka", Agatha Christie


Agatha Christie z córką Rosalind
Gdyby mi dano do przeczytania „Córeczkę” z zaklejonym nazwiskiem autorki, nie od razu bym je odgadła. Bo jest to nietypowy okaz jej twórczości, jeden z zaledwie kilku, które zupełnie wyrwała z ram swojego ulubionego gatunku. Kiedy już wiem, czyje to dzieło, nie mam powodu do zdumienia. Tych prób „odszufladkowania się” podjęła Christie więcej (i trudno powiedzieć, żeby którakolwiek była nieudana) a co więcej, wykraczanie poza konwencję widać przecież i w niejednym z najbardziej sztandarowych jej utworów. Dziś nas specjalnie nie dziwi – co najwyżej niektórych irytuje – gdy autorzy kryminałów rozbudowują życie wewnętrzne bohaterów, gdy wzbogacają intrygę elementami socjologiczno-obyczajowymi, w gruncie rzeczy zbędnymi dla rozszyfrowania zagadki. Ale w czasach, kiedy tworzyła Agatha Christie, kryminał miał być kryminałem, miał zawierać tylko takie informacje, które są w stanie naprowadzić detektywa na trop przestępcy. Ona jednak, na długo przedtem, zanim się stała najsłynniejszą na świecie przedstawicielką tego nurtu twórczości, instynktownie pojmowała, że dobarwienie zwykłej historii popełnienia i wykrycia zbrodni wyrazistymi portretami psychologicznymi i/lub nasyconymi ironią scenkami rodzajowymi nie odbiera tejże zbrodni ani grozy, ani tajemniczości. I zapewne równie instynktownie podejrzewała, że nikt nie uwierzy, iż autorka kryminałów potrafi napisać dobrą powieść obyczajową, toteż na użytek tego skromnego odgałęzienia swej twórczości przybrała zastępcze miano. Jako Mary Westmacott stworzyła między innymi omawiane tu dramatyczne studium relacji matki i córki, które jeszcze dziś robi mocne wrażenie, choć od czasów opisanych w powieści upłynęło mniej więcej 80 lat (rzecz dzieje się w latach 30. XX wieku).
Anna była kiedyś szczęśliwą żoną, trwało to jednak krótko; mąż zmarł, gdy ich dziecko miało zaledwie trzy lata. Najwyraźniej pozostawił też przyzwoity majątek, bo wdowa mogła bez przeszkód poświęcić się wychowaniu jedynaczki. Gdy rozpoczyna się ta opowieść, dziewiętnastoletnia Sara ma pracę – może nie szczególnie ambitną, ale pozwalającą się utrzymać – mnóstwo przyjaciół i niejednego adoratora, należy się więc spodziewać, że niebawem zacznie żyć już tylko własnym życiem (byle nie z Gerrym, którego, nie całkiem bezpodstawnie, jej matka uważa za nieudacznika!). A Anna liczy sobie zaledwie czterdzieści dwa lata, jest miła i atrakcyjna, dlaczego więc nie miałaby jeszcze kiedyś zakosztować małżeńskiego szczęścia? Tym bardziej że na podorędziu czeka paru panów stanu wolnego w stosownym wieku. Ale oto niespodziewanie zjawia się Richard, który w ciągu paru dni osiąga to, co nie udało się tamtym: kobieta widzi wprawdzie, że nie jest on ideałem, ale serce nie sługa, więc ochoczo zgadza się go poślubić, i to w całkiem nieodległej przyszłości. Jest tylko jeden problem: co powie Sara, która właśnie ma wrócić z wakacji? Anna słusznie się obawia, bo reakcja córki na obcego mężczyznę, z którym ma się podzielić domową przestrzenią i, co ważniejsze, uczuciami matki, jest daleka od pożądanej. Richard też nie stara się specjalnie zaskarbić sobie uczuć Sary, a jeśli nawet – czyni to w zdecydowanie nieodpowiedni sposób. Zaczyna się otwarta wojna, w której żadne z tych dwojga nie chce ustąpić. Już wkrótce przyszły małżonek postawi sprawę na ostrzu noża: albo Anna każe córce wyprowadzić się z domu, albo nici ze związku… 

Agatha z drugim mężem, Maxem Mallowanem
Od początku przypuszczaliśmy, czym się to skończy, nieprawdaż? Tego się można było spodziewać, sądząc po przemyśleniach głównej bohaterki. Ale na pewno nie podejrzewaliśmy jej o metamorfozę, którą widzimy w drugiej odsłonie. Czy ta ostentacyjnie ożywiona, przesadnie wyelegantowana kobieta to prawdziwa Anna, której dopiero teraz udało się wydobyć na wierzch własne „ja”? A może prawda jest inna? Zanim do niej dojdziemy, nie umknie naszej uwagi napięcie, jakie panuje teraz między matką i córką, i chociaż może sami nie jesteśmy przekonani, czy Gerry byłby dla Sary najlepszym partnerem, doznamy lekkiej konsternacji, widząc podejście Anny do alternatywy, jaka pojawia się na horyzoncie. Jaka szkoda, że nie docierają do niej perswazje starszej przyjaciółki i zrzędzenie wiernej gosposi! Trzecia odsłona utwierdzi nas w przekonaniu, że słusznie oceniliśmy sytuację. Tak, wina leży po obu stronach, więc teraz trzeba by dużo dobrej woli, żeby mogły naprawić to, czego jeszcze nie zdążyły zepsuć. Tylko czy potrafią?... 


Agatha Christie jako dziecko, obraz olejny

Choć nie ma w niej ani szczypty sensacji (może jedynie odrobinka niepewności w decydujących momentach: czy Anna opowie się po stronie córki, czy przyszłego męża? Czy Sara wybierze Lawrence’a, czy Gerry’ego?), „Córeczka” absorbuje naszą uwagę nie mniej niż pełnokrwiste kryminały, choć w zupełnie inny sposób. Tu koncentrujemy się na postaciach – zwłaszcza na Annie, bo to ona jest przedstawiona najpełniej i najbarwniej – i na relacjach między nimi, wyraźnie rysującymi się nie tylko w komentarzach narratora, ale przede wszystkim w dialogach. I jeśli nawet zakończenie wyda nam się nieco podbarwione na różowo, będziemy musieli przyznać, że autorka doskonale naszkicowała tę tak pospolitą sytuację (dziś chyba nawet częstszą i trudniejszą, bo choć znacznie mniej ludzi umiera w młodym wieku, redukując w ten sposób liczbę wdów i wdowców mogących potencjalnie wstąpić w nowy związek, to o wiele więcej się rozwodzi, a zaakceptowanie nowego partnera matki wcale nie jest łatwiejsze, gdy zajmuje on miejsce ojca żyjącego i pozostającego z dzieckiem w kontakcie…), dostarczając rodzicom dorastających i ledwie dorosłych dzieci sporo materiału do przemyśleń.

Autorką recenzji jest Dot59, a wpis pochodzi z serwisu BiblioNETka.

piątek, 17 marca 2017

Odrobina polityki [Róża i cis]

"Ostatnia rzecz potrzebna przy wyborach to społeczeństwo, które używa głów do myślenia."[s. 92]

"Nie chcę władzy. Nie mam ambicji władać swoim ludem ani całym światem. Człowieku, myślisz, że po co w tym wszystkim siedzę? Władza to bzdura. Ja chcę ciepłej posadki, to wszystko."[s. 134]

"- Sprzedam im ideę i będziemy o nią walczyć.
- Jaką ideę?
Gabriel rzucił w moją stronę poirytowane spojrzenie.
- Ty zawsze podchodzisz do wszystkiego nie z tej strony co trzeba. To jest w ogóle nieistotne j a k ą! Na poczekaniu mogę wymyślić kilka. W polityce tylko dwie rzeczy mogą poruszyć ludzi. Kiedy wetkniesz im coś do kieszeni i kiedy podsuniesz im jakąś ideę. Pomysł, który brzmi jak remedium na wszystko, jest łatwy do pojęcia, szlachetny, a przy tym niezbyt precyzyjny. Taki, który da im przyjemne wewnętrzne ciepełko. Ludzie uwielbiają czuć się szlachetni, tak samo, jak uwielbiają pieniądze. Tylko nie chcą angażować się w nic nazbyt realnego. Ma być humanitarnie, ale najlepiej tak, żeby nie musieli się z nikim osobiście zadawać. Zauważyłeś, jak chętnie wpłacane są datki na ofiary trzęsienia ziemi w Turcji czy gdziekolwiek? Ale jakoś nikt nie chce przyjąć pod swój dach ewakuowanego dziecka. Taka już ludzka natura. "[s. 270-271]
Róża i cis
Mary Westmacott 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
tłumaczenie:  Maciej Grabski
tytuł oryginału: The Rose and the Yew Tree
data wydania  9 września 2015
ISBN 9788324582075
liczba stron  320

niedziela, 12 marca 2017

Agata Christie „Niedziela na wsi”



Jak zwykle u Agaty Christie jest to lekka lektura na jeden wieczór. Czyli pozornie jest tak samo, jak u Mari Jungstedt, o której ostatnio pisałam na swoim blogu. Tylko u Agaty Christie wszystko jest bardziej skomplikowane. U Jungstedt, prowadzący śledztwo są zupełnie normalni, a dewiantami wymagającymi leczenia psychiatrycznego są zabójcy. U Christie nie ma żadnych super dewiantów, którzy dokonywaliby zabójstw, przypominających zabójstwa rytualne sprzed wielu setek lat. Za to u Christie wszystkie niemal osoby, które występują w książce, mają znacznie bardziej skomplikowane charaktery, nie do końca wiedzą, czego chcą, rozważają wydarzenia z przeszłości, rozmyślając, jak mogłoby się wszystko inaczej potoczyć, potencjalnym zabójcą mógłby być tu każdy .
W tym konkretnie tomie grupa krewnych i znajomych spotkała się podczas tytułowego weekendu na wsi, u lady Lucy Angatell i jej męża. Znaleźli się tam:

John - żonaty i ojciec dwojga dzieci, lekarz. Nie jest pewny, czy kocha żonę, kochankę, czy dawną miłość sprzed lat, namiętnie zaś kocha pracę i leczenie ludzi,

Gerda – żona Johna, bezgranicznie mu oddana i zakochana, robi wrażenie porażająco głupiej i niezaradnej, a w rzeczywistości głupia nie jest , wygodnie jest jej taką udawać,

Henrietta – kochanka Johna, rzeźbiarka, kocha Johna, ale kocha sztukę i nie jest pewna, czy aby na pewno jej powołaniem jest bycie żoną i matką, w niej kocha się Edward,

Edward – szalenie bogaty arystokrata, kocha Henriettę, ale wie, ze nie ma u niej szans, bo ona kocha Johna; w trakcie weekendu spotkał się ze znaną mu od dzieciństwa Midge, zaczął się zastanawiać, czy może jednak związać się z Midge,

Midge – kocha Edwarda, ale wie, że nie ma u niego szans, bo on kocha Henriettę, wie też, że gdyby związała się jakimś cudem z Edwardem, byłaby towarem zastępczym zamiast Henrietty,

Veronice - aktorka, pierwsza wielka miłość Johna, która doszła do wniosku, że byli sobie przeznaczeni,

Dawid – student, tajemniczy, nie wiadomo, czy w kimś się podkochuje, niczego nie zdradza,

Gospodarze Angkatellwie – są dziwni, wydaje się, że z racji wieku wszystko wiedzą o gościach.



John został zastrzelony. Niemal wszyscy mieli interes w zabiciu Johna, nie wymieniłam tu wszystkich zależności i tajemnic tych osób. Pozornie może wydawać się to zagmatwane, ale to tylko pozory.
Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze inne wątki. John, będąc lekarzem z zamiłowania, toczy z Henriettą rozmowy o pacjentach i terapiach. Szczególnie koncentruje się na tym, jak wygląda kwestia woli walki, czy pomaga w chorobie, czy nie. Opowiada o hipochondrii pacjentów, o tym, czy dotyka ona biednych, czy bogatych, czy to bez różnicy itp. Christie naprawdę była bardzo wnikliwą obserwatorką i wszystkie te jej rozważania są i zabawne i niezwykle trafne. Jest też trochę rozmów o sztuce, głównie rzeźbie. Henrietta bowiem pracowała nad rzeźba pt. „Czciciel”, a inspiracją do tej wizji była Gerda, patrząca na Johna. Ciekawe jest również obserwowanie, jak kształtował się związek Henrietty z Johnem jako kochanków. Widać było jak na dłoni, co takiego dawała mu Henrietta, a czego nie miał u żony.
Śledztwo prowadzi Hercules Poirot. Jak dla mnie to to jedna z najlepszych książek Christie.


wtorek, 7 marca 2017

Morderstwo w samolocie - Śmierć w chmurach

Rok 1935. Na pokładzie samolotu liniowego "Prometeusz" umiera jedna z pasażerek, słynna paryska lichwiarka działająca pod pseudonimem Madame Giselle. Z pozoru – na zawał serca. Szybko jednak okazuje się, że podczas lotu popełniono wyrafinowane morderstwo. Najprawdopodobniej sprawca przy użyciu dmuchawki wbił w szyję ofiary zatruty kolec. Jednak jak to możliwe, że nikt nie zauważył tego manewru? Herkules Poirot – również jeden z pasażerów – ma twardy orzech do zgryzienia. Każdy z obecnych w tej części samolotu jest podejrzany. Tylko gdzie tu motyw? I – przede wszystkim – możliwość? Sprawa wydaje się aż nazbyt poplątana.

Intryga – jak zazwyczaj u Christie – jest skomplikowana, z mnóstwem elementów oraz mylnych tropów. I – jak zawsze – wystarczy odrzucić pewne mylne założenia, aby okazało się, że rozwiązanie jest proste. Nie jest jednak łatwo – też jak zawsze – oddzielić fakty od przypuszczeń. Miłośnicy zaskakujących rozwiązań będą usatysfakcjonowani.

A jednak "Śmierć w chmurach" trochę rozczarowuje. Tło społeczne jak zwykle ciekawe, ale niektóre postaci zostały wprowadzone na siłę i ich portrety są niepogłębione. Oczywiście nie brakuje też ciekawych bohaterów. Jane Grey, atrakcyjna fryzjerka pozbawiona perspektyw, Norman Gale, dla którego zabójstwo oznacza koniec praktyki dentystycznej (pacjenci boją się przychodzić do kogoś, kto mógł być sprawcą zbrodni). Tych dwoje pomoże Poirotowi w śledztwie. Daniel Clancy, pisarz, swoista karykatura samej Agathy Christie (zajada się bananami tak, jak ona zajadała się jabłkami). Sama ofiara również jest bardzo ciekawą postacią. Koleje losu sprawiły, że z pięknej dziewczyny stała się zimną kobietą interesu. Z jednej strony pomagała ludziom (przeznaczała spore sumy na cele charytatywne, wspierała potrzebujących), z drugiej – mogła się uciec do szantażowania tych, którzy pożyczali od niej pieniądze (jej credo brzmiało: "Wiedza to bezpieczeństwo (…). Wiedza to siła"[1]), ale grała fair. Sam Poirot przyznaje, że

"Najbardziej interesującą rzeczą w tej sprawie jest osobowość zmarłej kobiety. Kobiety bez przyjaciół, bez rodziny, bez – jak to się mówi – życia osobistego. Kobiety, która była kiedyś młoda, kochała i cierpiała, a potem nagle silną ręką zatrzasnęła okiennice i… wszystko się skończyło; nie ma fotografii, nie ma pamiątek ani żadnych świecidełek. Marie Morisot stała się Madame Giselle – lichwiarką"[2].

Jednak największą wadą "Śmierci w chmurach" – o której nie sposób nie wspomnieć – jest jej początek, tak inny od tych, do jakich przyzwyczaiła nas Christie. Brakuje tu napięcia, wyrazistego zarysowania dramatis personae, od razu pojawia się trup. Aż się prosi, aby zacytować samą autorkę, jej przepis na dobry kryminał:

"Lubię dobre kryminały (…). Ale wiecie, zawsze zaczynają się nie w tym miejscu, co trzeba! Zaczynają się od morderstwa, a morderstwo to rezultat. Jego historia zaczyna się wcześniej, czasami wiele lat wcześniej. Tam tkwią korzenie tych wszystkich związków przyczynowo-skutkowych, które doprowadzają określonych ludzi w określone miejsca o określonej porze określonego dnia"[3].

Pisarka tym razem odeszła od tej zasady – a szkoda.

Mimo tego mankamentu "Śmierć w chmurach" nadal pozostaje przyzwoitym kryminałem. I może to jest najważniejsze – nawet jeśli Christie mierzyła wyżej i zazwyczaj oferowała czytelnikom więcej niż "tylko" przyzwoite kryminały.

---
[1] Agatha Christie, "Śmierć w chmurach", przeł. Jan S. Zaus, Irena Ciechanowska-Sudymont, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 101.
[2] Tamże, s. 204.
[3] Agatha Christie, "Godzina zero", przeł. Michał Madaliński, wyd. Prószyński i S-ka, 1999, s. 9-10. chał Madaliński, wyd. Prószyński i S-ka, 1999, s. 9-10.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.